Przejdź do głównej zawartości

Supreme Happynes cz. 2

Młoda para siedziała przed białym domem. On admirał Kastylijskiej armii i ona jego wierna żona. Na zielonej trawie w przydomowym ogrodzie biegały dzieci. Ich dzieci. Potomstwo które spłodzili po wielu upojnych nocach kiedy to ich zmysły niemal eksplodowały. Owoce ich miłości były zaś tak dorodne jak te które wyrastały w ich ogrodzie. Uśmiechali się do siebie jak co dzień i nic nie mąciło ich szczęścia. Powietrze pachniało wiosennymi kwiatami i rześką wonią strumienia który leniwie płyną nieopodal ich posiadłości. Cichy świergot ptaków płynących po błękitnym niebie dopełniał obrazu sielanki. Rubezal miał łzy w oczach. Nie mógł pojąć co się dzieje. Wszystko było tak wspaniałe a on tego nie mógł już ścierpieć. Wspaniałość tego świata stawała się dla niego z dnia na dzień coraz większym ciężarem. Wszystko wydawało się sztuczne, rodziło niepokój w sercu. Kiedy to wszystko runie? Nie był w stanie już tego znieść. Wbiegł do domu i powrócił ze swoim długim kastylijskim mieczem. Ciął w poprzek z okrzykiem na ustach – Nie możesz być prawdziwa!!! Giń pierdolona dziwko! – Smuga szkarłatnej krwi splamiła nieskazitelną biel domu. Ciało Neferetiti rozpłatane od skroni do pasa osuwało się powoli z ławeczki. Dwójka dzieci bawiących się przed domem stanęła w osłupieniu. Rubezal spojrzał na swoje dzieci ze złością. Ruszył w ich stronę energicznym krokiem. Jedna z pociech zaczęła uciekać druga zemdlała. Dopadł najpierw pierwszego syna, trzymając miecz pionowo z ostrzem wymierzonym w gardło nieprzytomnego uklęknął na jednym kolanie i wstał. Klinga błysnęła w słońcu, gardło drugiego z chłopców stanęło przed światem jeszcze większym otworem. Rubezal bez cienia wysiłku, spokojnym ruchem schował oczyszczone uprzednio narzędzi zbrodni. Kolory zaczęły blaknąć. Po chwili poczuł przenikliwy chłód. Znowu stał w katedrze.
- Rozumiesz już teraz Rubezal? Wiesz co w twoim wypadku było szczęściem – spylała Egeria – wiesz już że twoim jedynym przeznaczeniem była śmierć? – nie powiedział nic, skinął głową. Byłeś jak miecz o dwóch ostrzach usadowiony na tarczy zegara. Jedna strona wskazywała godzinę 12 druga 6. Teraz kiedy strony się zamieniły wiesz że dłużej żyć nie możesz. Przyszedłeś do mnie a ja zatrzymałam jedną ze wskazówek zegara. Ty zaś okrążyłeś go ponownie raniąc tym samym siebie w plecy. Rozumiesz to Rubezal? – Nie powiedział nic. Zamknął oczy, skinął głową. Chłód wzmagał w nim coraz bardziej, rozumiał to doskonale. Nawet zbyt doskonale. Jego szczęściem była śmierć, on był śmiercią, on był szczęściem, on dawał szczęście innym. Czuł jak grząska maź spływam mu po policzku i kapie na obolałe ręce. Wiedział teraz iż człowiek może odnaleźć szczęście tylko wtedy jeżeli pozna gorycz porażki. Szczęście absolutne nie istnieje, staje się tak samo nieznośne jak ból jeżeli nie towarzyszy mu porażka. Relatywizm pojęć – to wszystko. Nie ma dobra i zła są tylko różne punkty widzenia. To że zadano mu ból za młodu pozwoliło mu docenić młodzieńczą miłość. To że zabijał innych pozwalało innym doceniać swoich bliskich. Tak samo jak on, umieli patrzeć na świat tylko przez pryzmat swojego ego. Dopiero przypływ empatii w stosunku do innych unaoczniał im jak ważne jest miłowanie innych ludzi. Każdy ma takie szczęścia jakie sam kreuje we własnym świecie wartości. I on Rubezal z Kastylii też miał teraz to na co zasłużył. Stróżki krwi jakie płynęły mu z oczu były ciepłe, kapały mu po dłoniach. Jego serce biło coraz szybciej wytwarzając w klatce piersiowej coraz większe ciśnienie. Wiedział już że zginie z powodu implozji zaraz po tym jak cała jego krew wydostanie się poza to ciało i spłynie po podłodze katedry. W tym miejscu w którym się zatrzyma stanie kolejny niespokojny filar. Kolumna nr 27. Od tej pory będzie obserwować innych straceńców którzy nie rozumieją piękna tego świata. Takich którzy przyjdą prosić tu Egerię o coś czego im brak. Tak naprawdę jednakże każdy przychodzi na świat z niczym i z niczym z niego odchodzi. Najważniejsze to nie zgubić po drodze sensu. Najważniejsze to nie stać się porostu kolejną kolumną w rzędzie tych którzy szukali czegoś mając to pod własnym nosem. Rubezal nie znalazł w życiu szczęścia, jego pokutą będzie trwanie na wieki w katedrze niespełnionych marzeń.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chciało mi się pisać.

Siedziałem w pokoju i ściany były takie proste, zwyczajne, nudnie płaskie. Powietrze nie pachniało niczym; deska deską, farba, farbą a chuj chujem. Znajoma wstawiała zdjęcia bananów z gównem w postaci sałatki na facebooka, żeby pokazać wszystkim że jest zajebista tak, jakby nikt inny nie jadł owoców. Zastanawiałem się dlaczego gdzieś z nieba nie leci smutna muzyka, coby wpędzała wszystko w jeszcze gorszy nastrój. Komputer miał obudowę plastykową, chujową obdartą. Od błyszczących jego elementów odbijał się nieogolony ryj obleśny. Cierpiałem nad swoim jestestwem. Czułem się jak volkswagen golf wśród samochodów. Szary, nudny i do dupy. Jestem używany, trzecia dekada na karku, zdarte opony. Mały przebieg powodowany tylko tym że i tak nie chciał mną jeździć. Można by gdzieś pójść tylko nie ma gdzie. Można by coś zrobić tylko po co? Można by coś wypić tylko że nie pije odkąd zostałem alkoholikiem. Alkohol tak mi smakuje że aż go sobie odmawiam. Pacierza nie odmawiam. Boję się idiotów, spad...

Dualność

Piątek, samo południe, dach najwyższego budynku w mieście. Na krześle siedzi blond dziewczyna o niebieskich oczach. Jest przywiązana do krzesła, ma knebel w ustach. Wokół niej krąży nerwowo młody mężczyzna: wysoki, przystojny brunet. Trzyma w ręku nóż. W jego ustach rodzi się krzyk: -Jak mogłaś! – Łapie się za głowę, wyrywa z niej włosy. – Ufałem Ci! Pozwalałem na wszystko a ty i tak chciałaś więcej! Musiałaś się z nim przespać, tak? Byłaś dla mnie ucieleśnieniem wierności i czystości. Zawsze kiedy obnażałaś się przedmą czułem się jakbym wchodził do świątyni, z zażenowaniem przeżywałem każdą chwilę jakbym był niegodzien jej dostąpienia. Pragnąłem zawsze dać ci w zamian to wszystko czego chciałaś i czego potrzebowałaś. Czułem że tylko w ten sposób mogę ci się odwdzięczyć za mistycyzm piękna którym mnie obdarzyłaś. Ale nie! Tobie było mało! Gdy teraz patrzysz mi w oczy myślę ile czasu upłynie nim się wyrzygam. Zapragnęłaś wolności, tak? To teraz słuchaj. Słuchaj mnie uważnie bo będę osta...