Przejdź do głównej zawartości

So happy tohether...

Deszcz się na kałużach spienił, miało być inaczej
Miało się coś przecież zmienić, płaczesz
Wiatr czubkami drzew kolebie, łkanie czołga się po niebie
Tak bym chciał cię przestać kochać, szlochasz

Czasem zrzedzam mgły znad bagien, karminowe od poronień
Pokazałaś nagie krwawe dłonie
Prawda cię bez sądu grzebie i nad grobem twoim szydzi
Nie pomoże ci w potrzebie, tak chciał cię znienawidzić

Deszcz się na kałużach spienił, łzami nosisz zboże
Może się coś w końcu zmieni, może
Gorycz w oku, w naszym chlebie, zbudzi, znudzi wielu ludzi
Będą marzeń swych się wstydzić, tak chciał cię znienawidzić


Stan zawieszenia. Do jutra stan zawieszenia. A co? A co jutro? A jutro pewnie nic, albo prawie nic. No chyba że dasz mi w brzuch tortowym nożem, kochanie. I tak trwa ten teatrzyk którego celem jest to czego nie wiem i chyba żaden inny aktor też tego nie pojmuje. A miało być tak pięknie. A miało być tak pięknie...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chciało mi się pisać.

Siedziałem w pokoju i ściany były takie proste, zwyczajne, nudnie płaskie. Powietrze nie pachniało niczym; deska deską, farba, farbą a chuj chujem. Znajoma wstawiała zdjęcia bananów z gównem w postaci sałatki na facebooka, żeby pokazać wszystkim że jest zajebista tak, jakby nikt inny nie jadł owoców. Zastanawiałem się dlaczego gdzieś z nieba nie leci smutna muzyka, coby wpędzała wszystko w jeszcze gorszy nastrój. Komputer miał obudowę plastykową, chujową obdartą. Od błyszczących jego elementów odbijał się nieogolony ryj obleśny. Cierpiałem nad swoim jestestwem. Czułem się jak volkswagen golf wśród samochodów. Szary, nudny i do dupy. Jestem używany, trzecia dekada na karku, zdarte opony. Mały przebieg powodowany tylko tym że i tak nie chciał mną jeździć. Można by gdzieś pójść tylko nie ma gdzie. Można by coś zrobić tylko po co? Można by coś wypić tylko że nie pije odkąd zostałem alkoholikiem. Alkohol tak mi smakuje że aż go sobie odmawiam. Pacierza nie odmawiam. Boję się idiotów, spad...

Dualność

Piątek, samo południe, dach najwyższego budynku w mieście. Na krześle siedzi blond dziewczyna o niebieskich oczach. Jest przywiązana do krzesła, ma knebel w ustach. Wokół niej krąży nerwowo młody mężczyzna: wysoki, przystojny brunet. Trzyma w ręku nóż. W jego ustach rodzi się krzyk: -Jak mogłaś! – Łapie się za głowę, wyrywa z niej włosy. – Ufałem Ci! Pozwalałem na wszystko a ty i tak chciałaś więcej! Musiałaś się z nim przespać, tak? Byłaś dla mnie ucieleśnieniem wierności i czystości. Zawsze kiedy obnażałaś się przedmą czułem się jakbym wchodził do świątyni, z zażenowaniem przeżywałem każdą chwilę jakbym był niegodzien jej dostąpienia. Pragnąłem zawsze dać ci w zamian to wszystko czego chciałaś i czego potrzebowałaś. Czułem że tylko w ten sposób mogę ci się odwdzięczyć za mistycyzm piękna którym mnie obdarzyłaś. Ale nie! Tobie było mało! Gdy teraz patrzysz mi w oczy myślę ile czasu upłynie nim się wyrzygam. Zapragnęłaś wolności, tak? To teraz słuchaj. Słuchaj mnie uważnie bo będę osta...