Przychodzę do domu. Jest 17:40. Wrzucam do piekarnika jakiegoś junk fooda i zaczynam pisać choć boli mnie głowa. Słońce właśnie chyli się ku zachodowi i już go chyba dziś nie ujrzę choć tak bardzo chciałbym pójść na spacer. Zanim jednak zjem, a zjeść musze ponieważ spędzanie całego dnia na jednej słodkiej bułce jest nie najlepszym pomysłem, oraz przerzucę trochę gratów, aby dom nadawał się do użytku, słońce z pewnością zajdzie a ja opadnę z sił i ochota na spacer też mi przejdzie. Takie jest widać życie studenta. Pocieszam się tym że są i lepsze dni. Jedyne o czym teraz mogę marzyć to ramiona mojego koketa, cisza i spokój. Spokój…
Siedziałem w pokoju i ściany były takie proste, zwyczajne, nudnie płaskie. Powietrze nie pachniało niczym; deska deską, farba, farbą a chuj chujem. Znajoma wstawiała zdjęcia bananów z gównem w postaci sałatki na facebooka, żeby pokazać wszystkim że jest zajebista tak, jakby nikt inny nie jadł owoców. Zastanawiałem się dlaczego gdzieś z nieba nie leci smutna muzyka, coby wpędzała wszystko w jeszcze gorszy nastrój. Komputer miał obudowę plastykową, chujową obdartą. Od błyszczących jego elementów odbijał się nieogolony ryj obleśny. Cierpiałem nad swoim jestestwem. Czułem się jak volkswagen golf wśród samochodów. Szary, nudny i do dupy. Jestem używany, trzecia dekada na karku, zdarte opony. Mały przebieg powodowany tylko tym że i tak nie chciał mną jeździć. Można by gdzieś pójść tylko nie ma gdzie. Można by coś zrobić tylko po co? Można by coś wypić tylko że nie pije odkąd zostałem alkoholikiem. Alkohol tak mi smakuje że aż go sobie odmawiam. Pacierza nie odmawiam. Boję się idiotów, spad...
Komentarze